← Powrót do strony głównej angielskiego bloga Speakingo

Angielski nie nauczy się sam [wywiad The Times Polska z dr Grzegorzem Kuśnierzem]

Poniżej przeklejam wywiad, który miałem przyjemność udzielić Anicie Czupryn z polskiej edycji magazynu The Times. Rozmawialiśmy o tym, jak można uczyć się języka angielskiego… i że angielski nie nauczy się sam!


Czy znasz uniwersalną metodę nauki języka angielskiego w sposób szybki, bezbolesny i bez wysiłku?

Tak, jest taka metoda. Jest nią regularna nauka! Wiem, że to zarówno dobra, jak i zła wiadomość (śmiech). Ale jest to metoda, która jest w zasięgu ręki każdego; każdy może znaleźć trochę czasu czy to codziennie, czy parę razy w tygodniu, żeby przyjemnie pouczyć się języka. Jasne, wymaga to pewnej regularności, ale tak chyba jest ze wszystkim w życiu, że wielkie rzeczy wymagają regularnego wysiłku.

Co to znaczy trochę czasu? Dokładnie ile i kiedy? Czy lepiej uczyć się rano, czy może wieczorem? W domu, czy podczas jazdy tramwajem, czy autobusem?

Im więcej, tym lepiej, wiadomo. Ale to już jest kwestia indywidualna. Dla części ludzi bardzo dobrze działają zajęcia w szkole językowej. Mają ustalony termin, zapłacili za kurs, więc tego się trzymają. Są tacy, którzy mają samodyscyplinę i mogą się uczyć samodzielnie.

Ale myślę, że jakąkolwiek strategię byśmy nie przyjęli, to naukę można uzupełniać dodatkowymi metodami, na przykład aplikacjami na telefon, na komputer. Wszystkimi możliwymi drogami można się bombardować językiem angielskim – słuchać radia po angielsku, zamiast po polsku, oglądać filmy po angielsku, czytać w tym języku.

Jeśli zaatakujemy swój mózg tak dużą dawką danych w języku angielskim, to wtedy on załapie; przyjmie, że to jest dla nas ważne i wówczas zacznie szybciej przyswajać język angielski.

A to ciekawe! Czyli: bombarduj swój mózg angielskim, a w końcu zniknie oporność na naukę tego języka.

Tak właśnie. Nazywamy to zanurzeniem w języku. Dlatego tak dobrze działają wyjazdy zagraniczne, bo wtedy człowiek jest pod tak wielkim, zmasowanym atakiem tego języka, że może zrobić duży postęp w krótkim czasie. Ale wiadomo, że tydzień, dwa, to za mało, aby nauczyć się języka.

Czytałam kiedyś o znanej osobie, mógł to być dziennikarz muzyczny, który publicznie mówił, że nauczył się języka angielskiego w dwa tygodnie. Przekonywał, że wszystko jest kwestią odpowiedniej motywacji – jak się musi, to chęć się znajdzie i zdolności też. Twoim zdaniem to możliwe, aby w dwa tygodnie zdobyć taki zasób słów, aby się posługiwać językiem angielskim, przynajmniej na poziomie komunikatywnym?

Wiesz, bajki i legendy są bardzo istotnym elementem w kulturze i mają swoją rolę do odegrania. I dobrze, że są (śmiech)! Ale jeśli chodzi o nauczenie się języka angielskiego w dwa tygodnie, no, to cóż… Zależy, jak zdefiniujemy, co to znaczy znać angielski. Można się wyuczyć jakichś paru odpowiedzi na parę zadanych pytań, ale nie wierzę w takie cuda, czy w takie cudowne metody, jak na przykład nauka języka angielskiego przez sen.

poziom komunikatywny angielski

Co? Mówisz że komunikacja to coś więcej niż „chcę ciasteczko”? Patrz również: Komunikatywny angielski czyli jaki?

Ach, to by było wspaniale! Przypomniałeś mi te wszystkie futurystyczne książki, jakie czytałam za młodu, a które były wtedy zakazane: „Nowy wspaniały świat” Huxleya, „My” – Zamiatina, czy „Rok 1984” Orwella”. Chyba w jednej z nich dzieciom, urodzonym oczywiście z probówki, podłączano słuchawki, przez które sączyła się potrzebna wiedza czy to językowa, czy matematyczna. Czyli taki sposób nauki języka nie jest możliwy?

Naukowcy dokładnie już to zbadali. Oczywiście, człowiek dobrze wyspany będzie lepiej przyswajał wiedzę, ona mu będzie łatwiej wchodziła do głowy. Jeśli jesteśmy wypoczęci i nasz mózg również, to prawdopodobnie w czasie snu ta wiedza jest konsolidowana w pamięci.

Ale nie potwierdzono naukowo, żeby odtwarzane podczas snu nagranie jakoś skutecznie wpływało na postępy w nauce. W jednym ze szwajcarskich eksperymentów naukowcy zgromadzili dwie grupy uczniów, którzy uczyli się języka holenderskiego (plus dwie grupy kontrolne). Powtarzali słówka, po czym jedni mieli pójść spać, a drudzy nie. Śpiącym podczas snu puścili nagrania tych słówek. Następnie w środku nocy obudzili tych co poszli spać (co za straszny eksperyment!) i obu grupom zrobili im kartkówkę. Okazało się, że ci dopiero co obudzeni mieli o 10% lepsze wyniki od tych, co nie spali. Jednak nie wpadałbym w zbytnią euforię w cudowne metody turbonauki – prawdopodobnie chodzi o to, że ta grupa po prostu lepiej się wyspała!

Ze szkolnego dzieciństwa pamiętam taki przesąd, że przed snem dobrze pod poduszkę włożyć zeszyt czy książkę z przedmiotu, z którego na drugi dzień miała być klasówka. U mnie zawsze to działało pierwszorzędnie. Może dlatego, że najpierw poświęciłam trochę czasu na powtórzenie materiału (śmiech).

To można zrobić. Na pewno nie zaszkodzi (śmiech). Ale jeśli naprawdę chcemy nauczyć się języka, to jednak większy pożytek przyniesie regularna nauka.

Co prawda jest kilka przypadków, kiedy to ludzie nauczyli się języka w śpiączce. Na przykład młody Australijczyk po tygodniu śpiączki po poważnym wypadku samochodowym nagle obudził się i zaczął płynnie mówić po chińsku. Nauka języka chińskiego w tydzień – jak dla mnie rewelacja! Problem jedynie w tym, że zapomniał angielskiego i na studia musiał iść do Szanghaju! Naukowcy drapią się po głowach, ponieważ nie mają pojęcia, jak to się mogło stać. Nauka nie ma satysfakcjonującego wytłumaczenia tego fenomenu. Generalnie niewiele wiemy o tym jak działa mózg (są nawet naukowe teorie, że to co nazywamy myśleniem odbywa się raczej w brzuchu niż w głowie!). Tak czy owak nie przypuszczam jednak, by ktokolwiek aż tak bardzo pragnął nauczyć się języka angielskiego, żeby walnąć głową w mur na tyle mocno, by wpaść w śpiączkę w nadziei, że kiedyś cało i zdrowo wyjdziemy z niej bogatsi o znajomość języka obcego.

Tym bardziej że nie są to popularne przypadki ani nie ma żadnych gwarancji, że ten proceder nam się uda. No i to w jakim języku możemy zacząć mówić najwyraźniej pozostaje loterią (pewna Chorwatka wybudziła się ze śpiączki z językiem Goethego na ustach). Chyba lepiej więc przeprosić się z bardziej tradycyjnymi metodami nauki języka angielskiego!

nauka języka angielskiego przez sen

Patrz również: Sen o nauce angielskiego przez sen.

Jak było z tobą? Od kiedy zacząłeś się uczyć angielskiego i jak to się stało, że zostałeś nauczycielem tego języka?

To było ważne dla moich rodziców. Inwestowali we mnie od małego, bo chcieli, abym zrobił wszystko to, czego im się w życiu nie udało osiągnąć. A mianowicie – grać na gitarze i nauczyć się angielskiego. Bardzo jestem im za to wdzięczny. Od dziecka więc chodziłem na lekcje angielskiego, potem znalazłem się w klasie dwujęzycznej. W naturalny sposób, idąc na studia, wybrałem filologię angielską, z rozpędu obroniłem doktorat. Tak to poszło.

Pamiętam, gdy studiowałam na przełomie lat 80. i 90., nauka angielskiego była siermiężna. Nikt nie przykładał wagi do tak zwanych językowych lektoratów. Trzeba było wykuć i zaliczyć. Kiedy potem, w latach 90. przyszedł do Polski boom na szkoły językowe, zaczęły one wyrastać niemal na każdym osiedlu. Wtedy też usłyszeliśmy o nowych metodach. Pamiętam, jaka była moda na metodę Callana. I jak była zachwalana: nie musisz rozumieć, tylko powtarzaj, a zrozumienie przyjdzie potem. Jak oceniasz te metody? Co jest lepsze: zakuwanie słówek, uczenie się gramatyki czy powtarzanie całych zwrotów?

Zwykle najlepsza jest ta metoda, którą sami wybraliśmy, której używamy i która nam się podoba. To jest najważniejsze. Nie ma znaczenia w gruncie rzeczy, na jakie narzędzie się zdecydujemy, ważne, żeby go używać. To po pierwsze.

Po drugie, jeśli chodzi o naukę języka w państwowej szkole, to tu problem polega na tym, że wiedzę gramatyczną można łatwo ocenić. To jest bolączka systemu edukacji, kiedy nauczyciel musi oceniać uczniów, weryfikować ich rozwój, wystawiać oceny. A gramatyka, jak powiedziałem, jest do tej oceny bardzo wdzięczna, bo łatwo zrobić z niej test czy klasówkę, którą następnie łatwo sprawdzić, poprawić i wystawić obiektywną ocenę. To jest względnie miarodajne. Ale już ocenienie rozmowy, umiejętności wypowiedzi jest trudniejsze, bo jest bardziej płynne. Na dodatek jedni uczniowie mają tak zwaną „gadane” i konwersacja lepiej im wychodzi, niż tym, którzy takiej swobody nie posiadają. Stąd też nauczycielom wygodniej jest uczyć gramatyki. Rezultat tego jest potem taki, że ludzie pozornie znają język. Czyli posiadają bierną znajomość. Niby coś rozumieją, ale kiedy dochodzi do sytuacji komunikacyjnej, kiedy mają coś powiedzieć w obcym języku, to czują się sparaliżowani.

Język staje im w buzi kołkiem.

Właśnie. Poza tym, są przyzwyczajeni, że nawet jeśli powiedzą cokolwiek, to są ciągle oceniani i poprawiani, więc wolą położyć uszy po sobie i się nie odzywać.

Jest też bardziej fundamentalna kwestia – czy w ogóle warto tej gramatyki opisowej w tak dużym stopniu się uczyć? Znam badania, które wskazują na to, że wcale nie musi być tak, jak to się kiedyś wydawało, że język składa się z gramatyki, która jest swoistą zaprawą murarską, a słówka to są cegły, więc jak się nauczymy gramatyki i słówek, to będziemy świetnie mówić po angielsku. Dziś już wiadomo, że to, jak uczymy się języka, przypomina raczej nowoczesne metody budowlane, kiedy to budujemy z całych komponentów. To znaczy chodzi o naukę całych fraz.

Ucząc się całych fraz czy wręcz całych zdań, przyswajamy te struktury jak dziecko, gdy uczy się swojego języka ojczystego. Ono nie ma pojęcia, co to jest przydawka czy partykuła, ale będzie ich używać poprawnie właśnie dlatego, że uczy się całych fraz i tak samo jest w stanie używać słów ich w odpowiednim kontekście, co również jest ważne. Dlatego, moim zdaniem, metoda Callana jest świetna, bo dokładnie tego uczy. Można to porównać do szkolenia marines, którzy widząc cel od razu muszą strzelać, a nie zastanawiać się nad wzorem fizycznym na pęd kuli. I tak jest w nauce metodą Callana: jest pytanie i natychmiast musi być odpowiedź. Pytanie – odpowiedź, pytanie – odpowiedź.

Dla mnie to było strasznie stresujące. Jako osoba łagodna, wolę, kiedy wszystko dzieje się wolniej. Tymczasem jak z karabinu musiałam powtarzać: „Yes, it’s a pen” (śmiech).

Chodzi o bombardowanie mózgu językiem, o którym mówiliśmy wcześniej, by jak najwięcej wyciągnąć z ograniczonego czasu. Ale możemy to robić też wolniej. Tak czy owak dzięki temu potem nie ma już oporów z mówieniem po angielsku; w sposób naturalny wykształcamy w sobie nawyk mówienia. Na tym opiera się ogólnie nauka według Metody Bezpośredniej, której metoda – a właściwie technika – Callana jest tylko jednym z przedstawicieli. Jedyny problem z metodą Callana jest taki, że jej twórca w swoim testamencie zapisał, że nic nie można w tej metodzie zmienić, bo jest tak doskonała. A przecież język ewoluuje, ciągle się rozwija i zmienia, i tak zmieniają się zasady gramatyczne, niektóre słówka stają się po prostu przestarzałe, jak na przykład wireless – za czasów Callana to było radio, bo bez kabla, a teraz to jest wi-fi, internet. Ja na przykład zbudowałem podobną metodę nauczania języka w oparciu o metodę bezpośrednią, która bazuje na nauce całych fraz, ale używa się współczesnego języka, dzisiejszego słownictwa.

Zanim porozmawiamy o Twojej metodzie, ciekawa jestem w jaki sposób Ty sam uczyłeś się angielskiego? Mam wrażenie, że w zależności od tego, w jakich czasach kto się urodził, uczył się metodami dedykowanymi tym właśnie czasom. Kiedy zmieniał się nasz świat, to i zmieniały się metody i podejście do nauki języków obcych. Ty uczyłeś się jeszcze w czasach komuny?

Tak, komuna jeszcze trwała. Moje początki nauki języka były bardzo szkolne: wkuwanie gramatyki i łzy przelane nad zeszytem, no nie dało się tego wszystkiego zrozumieć. Ale miałem to szczęście, że jak tylko zmienił się ustrój i zaczęły powstawać szkoły społeczne, nauczanie stało się bardziej alternatywne, to rodzice posłali mnie do takiej szkoły. Wówczas ta nauka, można rzec, wydała mi się bardziej ludzka. Była oparta przede wszystkim na rozmowach, na zabawach. W dużej mierze uczyłem się więc nie tego teoretycznego angielskiego, ale praktycznego i muszę przyznać, że dużo z tych obszarów gramatyki teoretycznej nauczyłem się dopiero wtedy, kiedy sam zacząłem uczyć innych, bo wiedziałem, jak i co zastosować, ale nigdy szczególnie nie interesowały mnie regułki. Dopiero, gdy musiałem to wytłumaczyć innym, musiałem tę teoretyczną wiedzę uzupełnić.

Czy każdy może się nauczyć języka obcego? Czy jednak zależy to od talentu indywidualnego człowieka, od tego, czy ma łatwość w przyswajaniu wiedzy?

Możliwe, że ludzie mają czasami większy talent do języków, ale myślę, że talent to tylko mały procent, a reszta to kwestia czasu i pracy, jaką włożymy w naukę, a nie szczególnych zdolności.

Wiadomo, że jeśli człowiek uczy się któregoś z kolei języka, to zauważa pojawiające się podobieństwa i nauka może być łatwiejsza. Nam łatwiej będzie się nauczyć rosyjskiego niż chińskiego, bo wiele słów jest podobnych. Ale myślę, że za każdym razem jest to jednak kwestia wytrwałości. Skoro my w Polsce władamy jednym z najtrudniejszych języków na świecie, to nauka angielskiego, który jest jednym z prostszych języków, nie powinna być żadnym problemem. I nie jest żadnym problemem, pod warunkiem, że będziemy się go uczyć regularnie, a nie skupiać się na powtarzaniu, że jesteśmy językowym beztalenciem i że się nie da.

W jaki sposób dopracowałeś się własnej metody nauczania języka? Jak się ona kształtowała?

W zależności od tego, w jakiej szkole uczyłem, czy po co uczyłem – zawsze dopasowywałem się do tego, co było w danym momencie potrzebne. Jeżeli przygotowywałem kogoś do egzaminu, to wtedy uczy się raczej umiejętności zdawania egzaminu, a nie języka (śmiech). Jeżeli ktoś przygotowywał się do wyjazdu za granicę i potrzebował nauczyć się rozmawiać, to bardziej koncentrowaliśmy się na rozmowach, na tym, żeby nie bał się mówić, tylko mówił nawet z błędami. W Anglii każdy jest przyzwyczajony do tego, że wszyscy kaleczą język, nikt więc nie zwraca na to uwagi, nikt tego nie ocenia. Anglicy mają deskryptywne podejście do języka; oni bardziej opisują, jak ludzie mówią, a nie preskryptywne, czyli takie, które by dyktowało językowe zalecenia. Nikt się nie przejmie tym, że jakiś profesor powiedział, że mówić należy tylko w taki sposób, bo kto powie inaczej, popełni błąd. Tam w każdym mieście każdy mówi inaczej i jest z tego dumny. Można się więc rozluźnić i nie stresować. Nikogo tam nie interesuje ocenianie naszych umiejętności językowych.

Nie? W Polsce bardzo się tym przejmujemy. Znam takich, którzy starają się mówić z oksfordzkim akcentem, albo takim, który przynależy do wyższych angielskich sfer (śmiech). Albo pogardliwie wytykają tych, którzy mówią „polskim angielskim”. Wydawało mi się, że dla Anglików też jest to ważne, bo po sposobie mówienia od razu widać, z jakiego środowiska pochodzisz, jakie masz wykształcenie i od jakiej cyfry zaczyna się twoja pensja.

Owszem, to jest ważne, ale generalnie, jeśli zaczęliśmy się uczyć po szóstym roku życia, to prawdopodobieństwo, że zdobędziemy idealny akcent w jakimkolwiek języku obcym jest bardzo, bardzo małe. Więc myślę, że możemy się rozluźnić, bo zawsze będziemy mówili z jakimś akcentem. I to jest OK. Angielski jest językiem międzynarodowym, to jest współczesny lingua franca (powszechny środek komunikacji między różnojęzycznymi grupami ludzi, w średniowieczu był to język Franków – red.) i każdy mówi nim z jakimś akcentem. Dla zdecydowanej większości ludzi, z którymi będziemy rozmawiać po angielsku, to też nie będzie ich ojczysty język i oni będą mówić ze swoim akcentem. Ważne jest, żeby się dogadać, żeby się komunikować.

Chcemy nauczyć się angielskiego z idealnym akcentem? Ale co to znaczy idealny angielski akcent? W Anglii, w każdym mieście jest inny akcent. Jeżeli nauczymy się akcentu liwerpulskiego, to nie dogadamy się z kimś, kto go nie zna i będziemy niezrozumiani, bo liwerpulczyków nikt chyba nie jest w stanie zrozumieć, więc po co to komu (śmiech). Ale jeżeli nauczymy się Received Pronunciation, czyli języka, którym mówi angielska królowa i zechcemy się w taki sposób komunikować, to londyńczyk i tak nas zapyta: „O, mówisz takim czystym angielskim, a z jakiego kraju pochodzisz?” Oni też nie mówią tak, jak królowa (śmiech).

Wróćmy do Twojej metody nauczania. Kiedy zacząłeś ją stosować?

W jednej ze szkół uczyłem angielskiego metodą Callana i doszedłem do wniosku, że to jest strasznie nudna metoda dla nauczyciela, bo cały czas się powtarza. Oczywiście, jest moc w tym powtarzaniu, dla ucznia jest to dobre, ale dla nauczyciela to oznacza straszną monotonię i być może dlatego sami nauczyciele angielskiego niespecjalnie za metodą Callana przepadają. Przecież mógłby to robić komputer, nauczyciel w fizyczny sposób wcale nie musi być obecny. I wtedy mnie olśniło. Eureka! Zrobię aplikację na komputer i telefon, która będzie wykorzystywać naukowe metody nauczania, tylko w połączeniu z nowoczesną technologią rozpoznawania mowy, co sprawi, że takie nauczanie będzie i dużo tańsze, i skuteczniejsze, że uczeń będzie mógł w każdym momencie dnia czy nocy się uczyć korzystając z telefonu czy komputera. No i coś takiego stworzyłem.

Na czym to konkretnie polega? W jaki sposób miałabym się uczyć angielskiego Twoją metodą?

Polega to w stu procentach na rozmowie. Są podane zdania, w których ująłem całą potrzebną nam gramatykę i dwa tysiące najpopularniejszych słów. Często bowiem jest tak w nauce angielskiego, że na przykład w podręcznikach zdarzają się słowa kompletnie niepotrzebne.

Sprawa ta jest doskonale znana. Zgłębił ją już znany poeta Andrzej Bursa, który tworzył w latach 50. XX wieku. Pamiętam jego wiersz pt. „Języki obce”, w którym obśmiał to, że uczymy się po angielsku zdania „Czy Twój ojciec pali fajkę”, bo oczywiście, kiedy będziemy siedzieć na Brodwayu w barze, to na pewno podejdzie do nas ktoś i zapyta, czy twój ojciec pali fajkę, a my wtedy będziemy mogli odpowiedzieć: „Yes, my father smokes the pipe” i będzie cudownie (śmiech).

(Śmiech). Zebrałem więc i ułożyłem listę najpopularniejszych słów; czerpałem z komputerowych statystyk wskazujących, które słowa są używane najczęściej w internecie, a które na przykład słówka są popularne w mediach. Mówi się, że wystarczy znać już tysiąc słów, żeby być w stanie zrozumieć 90 procent wszystkich konwersacji w języku angielskim. W mojej metodzie nie ma natomiast ani słowa na temat teorii, ale piszę o niej na blogu – bo założyłem też bloga i lubię pisać o gramatyce, to bardzo wdzięczny i przyjemny temat, robię to na wesoło, publikując memy. Przeczytać tam można na przykład jak zombie mogą pomóc nam w nauce angielskiej strony biernej albo dlaczego nawigacja GPS mówi do Chucka Norrisa w czasie past simple. Ale bardziej uważam to za rozrywkę niż szczególną potrzebę, newralgiczny element znajomości języka.

Czyli jeśli ktoś chce rozpocząć naukę Twoją metodą, musi sobie ściągnąć aplikację, zalogować się i…?

… i rozmawia z komputerem, jak z nauczycielem. Komputer go chwali albo poprawia, jeśli nie usłyszy, albo coś w wypowiedzi jest nie tak. Uczeń sam ustala swoje tempo oraz jak bardzo chce, by program się go „czepiał”.

nauka jezyka angielskiego od podstaw online

Jak długo uczysz tą metodą i jakie masz efekty?

Stricte naukowych, kontrolowanych badań na ten temat jeszcze nie przeprowadzałem, bo działam w ten sposób dopiero od dwóch lat. Ale dostaję bardzo dużo wiadomości od moich uczniów. Chwalą, że ta metoda im się podoba, że przełamuje ich opory w nauce i są bardzo zadowoleni. Już na podstawie tego, co mi piszą, widać, że ta metoda świetnie się spisuje. No i widzę już po liczbie zarejestrowanych uczniów, która cały czas rośnie, że to działa, że się podoba.

Podoba się, bo języka mogą się uczyć o każdej porze i w każdym miejscu, wystarczy mieć komórkę, a dziś z komórką nikt się wręcz nie rozstaje.

Oczywiście, można w środku nocy i w każdym stroju, czy w piżamie, czy w stroju niedźwiedzia, nie martwiąc się, że się nie ma zrobionego makijażu, dlatego nie można się spotkać z lektorem (śmiech).

Speakingo opinie Grzegorz Kuśnierz

 Patrz również: Językowe pogawędki z komputerem [wywiad z założycielem platformy Speakingo]

Dlaczego Twoim zdaniem warto uczyć się angielskiego?

Kluczowym elementem jest motywacja do nauki. Myślę, że warto sobie przypominać, po co w ogóle uczymy się tego angielskiego. A powodów jest bardzo dużo.

Na przykład statystycznie zostało to udowodnione, że ludzie, którzy znają język angielski więcej zarabiają. I tak jest na całym świecie – na tym samym stanowisku, przy tych samych kompetencjach, jak ktoś zna angielski – ma wyższą pensję i jakość życia. Działa to na poziomie jednostek jak i całych krajów.

Można też powiedzieć, że język angielski jest dobry dla zdrowia, ponieważ jego znajomość chroni przed demencją, przed Alzheimerem, na wiele różnych sposobów pozytywnie wpływa na mózg. Nawet jeżeli nie potrzebujemy angielskiego, to jest to dobre ćwiczenie mózgu. Tak jak trenujemy sport – dla ciała, języków dobrze się uczyć dla mózgu, bo jest on jak mięsień i też trzeba go ćwiczyć, żeby nam się nie rozleniwił.

Co ciekawe, u ludzi, którzy znają języki obce, te języki chodzą w tyle głowy, dzięki czemu są w stanie trafniej podejmować decyzję. Przeprowadzono badania na ten temat i okazało się, że analizując jakiś problem w różnych językach, widzimy go szerzej, z różnych stron i dzięki temu decyzja, jaką podejmiemy, będzie bardziej trafna.

Jest więc mnóstwo najróżniejszych pożytków płynących z nauki języków. Najważniejsze w tym wszystkim, myślę, jest to, żeby z nauki języka nie zrobić siermiężnego obowiązku i zajeżdżać się nauką, narzekając, że to takie trudne i w ogóle dramat. Nauka to jest przyjemność. Jeżeli nie podoba nam się metoda, to ją zmieńmy. Wybierzmy taką, która będzie nam dawała satysfakcję i poczucie spełnienia.

Albo łączmy metody i korzystajmy z różnych.

Jak najbardziej! Możemy uczyć się angielskiego na wszystkie możliwe sposoby. Po jakimś czasie sami będziemy zaskoczeni, jak dużo rozumiemy. Wyjazd za granicę przestanie być problemem, będziemy potrafić wszystko sobie załatwić, dogadać się, a życie stanie się wtedy prostsze i przyjemniejsze. No ale angielski nie nauczy się sam. Dlatego myślę, że korzystając ze zbliżającego się nowego roku warto dołączyć solenne postanowienie nauki języka angielskiego do zestawu swoich noworocznych postanowień, byśmy my sami za kilka lat mogli podziękować sobie za tę świetną decyzję!

Wywiad ukaże się 27 grudnia 2018 w warszawskiej edycji The Times Polska


Angielski nie nauczy się sam!

Zapisz się na kurs języka angielskiego online Speakingo!


Sharing is caring!
1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (26 votes, average: 4,98 out of 5)
Loading...

Ciekawy tekst? Zostańmy w kontakcie!

Zapisz się do Newslettera Speakingo! Otrzymasz w ten sposób:

 co zapewni Ci ciągłość nauki!

(Zapisując się na kurs automatycznie zapisujesz się tez do newslettera.)